Książka. Wino. Moje łyki inspiracji

Wielkie jest szczęście tego, kto ma butelkę dobrego wina, dobrą książkę (…). Molière

Siedzę w fotelu i czytam dobrą książkę, trzymając w dłoni kieliszek dobrego wina, więc – jeśli brać serio powyższą sentencję – jestem szczęściarzem.

Ale żeby nim być, trzeba wcześniej dobrze wybrać. Stojąc przed półkami w księgarni/winiarni, wiemy, że nie jest to takie proste. Z wyborem odpowiedniej książki biznesowej jest jak z wyborem wina. Przed nami setki pięknych okładek i etykiet, tytułów i nazw, smakowitych opisów szczepów, bukietów i regionów, intrygujących biogramów autorów… Tylko po którą butelkę/książkę wyciągnąć rękę? Co nas spotka po uwolnieniu korka lub po lekturze pierwszych zdań? Łyk inspiracji czy niesmak zawodu?

Często, przynosząc do domu niby obiecujące wino, już po pierwszym organoleptycznym kontakcie miałem uczucie nabicia w butelkę. Tak samo było z wieloma książkami „biznesowymi”. Zachęcony tytułem wielokrotnie doświadczałem podobnego rozczarowania jak surfer, któremu prognozy obiecywały wiatr, ale nic nie powiało. Wyczekiwana duchowa uczta osiadała na mieliźnie banału…


Ispirato Spot jest miejscem, w którym zapraszam na intelektualną podróż bez rozczarowań.

Surfuję tu po regałach okładek ukrywających wnętrza wypełnione morzem wartościowej treści. Każda karta polecanej przeze mnie książki jest jak wielka fala biznesowej inspiracji. A żeby ta podróż była nie tylko ucztą intelektualną, łączę ją z prawdziwie dobrym winem.


Zacznę od książki. A właściwie od Książki.

Nie byłbym sobą, gdybym na dobry początek nie zaproponował mojej ukochanej książki „Pięć dysfunkcji pracy zespołowej” Patricka Lencioniego. To absolutnie największa fala, jaką do tej pory złapałem w swojej biznesowej podróży.

„Pięć dysfunkcji…” została napisana w 2002 roku. Wspaniały rocznik. Jest jak dobre wino: im dłużej ją smakuję, tym więcej treści w niej dostrzegam. Do jakiego szczepu bym porównał tę książkę? To nie zwykły cabernet sauvignon czy riesling, ale raczej wyjątkowy szczep regionalny. Unico – jak mówią Włosi, bezapelacyjnie unikatowa apelacja. Kosztujesz i zostajesz z tym „smakiem” na długo w pamięci.


Dlaczego wieczorem wolę surfować po papierowych kartkach „Pięciu dysfunkcji…”, a nie popływać po Netflixie?

Ze względu na wyjątkowe, bo genialnie uniwersalne przedstawienie środowiska biznesu. Autor „Pięciu dysfunkcji…” wprowadza nas w świat pewnej firmy. Jakby dobrze nam znajomej. Ja podczas lektury miałem poczucie déjà vu. Pod fikcyjnymi nazwiskami bohaterów odnajdywałem kolegów i koleżanki z pracy, z którymi codziennie spotykałem się w windzie, jadłem lunch na stołówce, siedziałem przy biurku albo parzyłem poranną kawę w ekspresie. Myślę, że większość z nas, czytając tę książkę, powie: ten facet opisał właśnie moją firmę!


„Pięć dysfunkcji…”, jak kite, porywa już od samego brzegu

Na początku poznajemy firmę DecisionTech i pracujący w niej zespół Kathryn Petersen. Z ciekawością oddalamy się od brzegu, by na konkretnych przykładach odkrywać działanie modelu, do którego chce nas zainspirować autor. Tym modelem jest tworzenie efektywnych zespołów skupionych na osiągnięciu wspólnych celów.

Płyńmy dalej przez rozdziały książki. Poznaliśmy już zespół Kathryn i każdej jego postaci nadaliśmy imię z naszego firmowego podwórka. Teraz autor przedstawi nam pięć fundamentów, dzięki którym pracując zespołowo możemy osiągnąć każdy cel i mieć przewagę konkurencyjną. Tego nie kupimy żadnymi

kompetencjami! A co dla mnie najważniejsze, mamy zespół, z którym chcemy pracować każdego dnia i ludzi, których obecność sprawia nam autentyczną radość! Poranne „dzień dobry” rzucane na wejściu w firmie nie będzie już tylko pustym konwenansem, ale określeniem faktycznego stanu naszego ducha. Dzięki, Patricku Lencioni!


A teraz inspiracja z innej beczki

Gdyby przyrównać „Pięć dysfunkcji pracy zespołowej” do jakiegoś cudownego regionalnego wina, przychodzi mi do głowy jedno. To wino to absolutny winner. Już sięgam po korkociąg, by Cię nim zainspirować!


Perricone. Temu produktowi ziemi, słońca i człowieka jestem winny bezwzględny szacunek

Kompas moich winnych poszukiwań wskazuje niezmiennie Włochy. Wśród ukochanych włoskich win jest Perricone. Nazywam je ojcem chrzestnym win. Dlaczego? Bo rodzi się w zachodniej Sycylii, gdzie pod koniec XIX wieku było najczęściej uprawianą odmianą w okolicach Palermo, stolicy sycylijskiej mafii. Kto wie, może pijał je sam Vito Corleone? Dzisiaj, też jako ojciec, często z synem odwiedzamy te okolice, by realizować naszą wspólną pasję, czyli kitesurfing.

Nie będę się rozpisywał o długim finiszu wina, jego rubinowej czerwieni, nutach, bukietach i aromatach. To wszystko znaleźć można na etykiecie i w necie. Od siebie powiem tylko, że lubię w Perricone zapach owoców (czyżby obok winnych gron rosły wiśnie, śliwki i jeżyny?) oraz jego aksamitność. Zamknięty w butelce smak zostaje na lata i jest świetnym towarzyszem rozmów o dobrych książkach i nie tylko.


To wino wydaje się śpiewać: „już nie zapomnisz mnie”. Tak samo zapadają w pamięć bohaterowie książki „Pięć dysfunkcji pracy zespołowej”, którzy zostawiają w nas niezmywalny tatuaż emocji.

Może będzie Perricone dodatkiem do chwil, gdy czytasz historię Kathryn budującej swój zespół? A może dobrym compagno podczas rozmów o książce z kimś, kogo chcesz nią zainspirować? Kto wie, może wzniesiesz nim toast za sukces swojego zespołu? Wierzę, że ten wybitny szczep tak samo jak książka pozostaną z Tobą na długie lata.

Zainspirowany? Twój korkociąg czeka…





33 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie